Newsletter 2 marca 2010Kochani Czytelnicy i Przyjaciele...
Znów napiszę krótko, bo jeszcze siedzę nad „LO-terią”, więc czasu na dłuższe wynurzenia brak. Właściwie piszę tylko po to, by… poinformować, że powieść jest niemal na ukończeniu. Zostały mi do napisania dwa rozdziały. Tempo może nie takie, jak kiedyś, ale życie mnie nie pieści, więc też i nie pisze mi się tak lekko, jak kiedyś. Proza życia zbyt przytłacza. Ważne jednak jest to, że widzę światełko w tunelu, a więc i czytelnicy niecierpliwie pytający o finał, dostaną niedługo upragnioną odpowiedź. Dowód na postęp prac w załączeniu. To najnowsze zdjęcie wydruków.

Jak widać już są cztery opasłe robocze segregatory do wstępnych prac nad poprawkami. Zanim jednak nastąpią te wstępne prace nad poprawkami, czyli autorska redakcja tekstu trzeba ukończyć jeszcze te dwa rozdziały…
Wiedząc zaś, że marketingowo dobrze jest zaprezentować fragmencik – uchylam rąbka tajemnicy i… prezentuję to, co poniżej zaznaczając przy tym, że w poniższym tekście na pewno będą zmiany, bo na pewno sa tu literówki, a mogą też być jakieś błędy stylistyczne i czegoś tam merytorycznie też może brakować.
Fragmenty rozdziału Pielgrzymka
- Mamo, czy kiedy ty chodziłaś do szkoły, to ktoś z twoich koleżanek lub kolegów umarł? – Spytał Olek wchodząc do pokoju, który rodzice od dłuższego czasu szykowali dla malucha. Berbeć miał się urodzić już za niecałe trzy miesiące. Jakiej będzie płci? Mama już na samym początku ciąży zbuntowała się. Powiedziała, że nie chce wiedzieć, bo jest jej już wszystko jedno. Ma i córkę i syna, więc teraz chce tak, jak sto lat temu jej przodkowie, mieć niespodziankę i o płci dziecka dowiedzieć się dopiero podczas porodu. Lekarz robiący USG ma mówić jej wszystko, ale nie wolno mu podawać płci. Pokój, w którym miał zamieszkać przyszły brat lub siostra był malutki i położony tuż koło sypialni rodziców. Pierwotnie miał być pokojem Malwiny, a ten, który zajmowała Malwina miał być pokojem Olka, a ten, który zajmował Olek pokojem dla gości, ale w ostatniej chwili rodzice zmienili zdanie. Stwierdzili, że gościnny zrobią koło swojej sypialni, bo a nuż… będą chcieli mieć dziecko? Wtedy musi być blisko nich. Nie będą w domu robić rewolucji i wszystkich przeprowadzać. Gdy pierwszy raz ojciec Olka powiedział to przy rodzicach Kamili jej mama prychnęła wydymając wargi:
- Dziecko? W tym wieku? Kiedy się już wyrosło z pieluch?
Ojciec nic wtedy nie odpowiedział, a Olek zauważył, że mama kopnęła go wtedy pod stołem. Gdy kilka miesięcy później zaszła w ciąże długo ukrywała ten fakt przed rodzicami Kamili, a zwłaszcza przed jej mamą. Teraz już tego nie robiła. Gdy wszedł zadać jej pytanie, spokojnie segregowała w szafce śpioszki, kaftaniki i kocyki. Czekała na mamę Kamili. Miała jej pomóc wybrać z katalogu zasłonki.
- Pytałeś o coś? – Odwróciła się wysuwając głowę z szafy.
- Tak, czy kiedy chodziłaś do szkoły, to ktoś z twoich kolegów lub koleżanek umarł.
- W jakim sensie? – Spytała mama znów zanurzając się między półkami w szafie.
- No… - Olek zawahał się. Jak to, w jakim sensie. Śmierć to śmierć. Mama odwróciła się i najwyraźniej zobaczyła na jego twarzy wahanie, bo szybko powiedziała:
- Chodzi mi o to, czy pytasz o śmierć w wyniku choroby, śmierć w wyniku wypadku, czy śmierć samobójczą? – Spytała mama tak spokojnie, jakby chodziło o kotlety. Ten ton Olka rozdrażnił, ale sens pytania zamurował. Aż tak, to o śmierci nie myślał.
(...)
- No wszystkie trzy rodzaje – odpowiedział niepewnie. - W sumie jakakolwiek…
- Z podstawówki z mojej klasy nikt, ale… - mama Olka zaczęła się zastanawiać. - Zmarła jedna dziewczynka ze starszej klasy. Wiesz… ona mi się kiedyś wpisała do pamiętnika…
- Jakiego pamiętnika? – Spytał Olek.
- Gdy chodziłam do szkoły była moda na takie pamiętniki, coś jak dziewiętnastowieczne sztambuchy. Chodź, to ci pokażę – powiedziała mama idąc do sypialni. Tam wyjęła z szafy swoje pudło z tak zwanymi skarbami. Kiedyś pokazywała niektóre Olkowi i Kamili. Była tam maskotka od chłopaka, identyfikator z lat osiemdziesiątych z festiwalu w Jarocinie, listy od koleżanki z Bytomia, pocztówki sprzed lat i masa innych drobiazgów. Teraz mama wyjęła mały zeszycik w bordowej okładce ze złotym napisem „pamiętnik” i gałązką laurową. Chwilę wertowała zapisane kartki, by po chwili podsunąć Olkowi pod nos stronę, na której tkwił wierszyk napisany koślawym pismem i niezwykle bladym niebieskim atramentem:
„Jak szarotka wśród ukrycia,
obudzona tchnieniem wiosny,
tak ty każdy dzionek życia,
miej szczęśliwy i radosny
Miłej koleżance wpisała się Zosia Pasierbińska”
- Fajna była ta Zosia? – Spytał Olek długo przyglądając się rachitycznym i krzywym literkom.
- Nie znałam jej dobrze – powiedziała mama zamyślając się na chwilę. Wzięła z rąk Olka pamiętnik i wertowała kartki. - Przychodziła do naszej klasy, by podczas naszych lekcji, siedząc przy biurku wychowawczyni odrabiać swoje zadania domowe. Była cicha, zawsze uśmiechnięta. Myślę, że trochę też zastraszona. Kiedy mi się wpisała, byłam w drugiej klasie. Ona w siódmej. Bardzo mi imponowało, że taka starsza dziewczynka mi się wpisuje, ale dziewczyny z klasy rok wyżej, takie bardziej wyszczekane, powiedziały, że to niemota i pierdoła. Dlatego chodzi odrabiać lekcje do naszej pani. Dzisiaj nawet nie pamiętam, czy im uwierzyłam.
- A co jej się stało, że umarła?
- Miała wrodzoną wadę serca. Podobno od dzieciństwa było wiadomo, że umrze.
- Straszne – stwierdził Olek.
- Wiesz…. Ale ona miała podobno kochających ja rodziców, siostrę… Jakieś dwa lata temu spotkałam koleżankę ze szkoły i mi opowiedziała, że ten dom Zosi był jednym z najfajniejszych, w jakich bywała w dzieciństwie. Ale wiesz… taka śmierć człowieka, która wynika z choroby, kiedy bliscy czują, że zrobili coś, by go ratować, to jest coś innego niż nagła.
- No właśnie – mruknął Olek.
(...)
- Z mojej szkoły średniej, ale to też z innej klasy, jeden chłopak rzucił się z okna. Z ósmego piętra jakiegoś wieżowca. Podobno powodem była nieszczęśliwa miłość. Było to na początku roku szkolnego, a ja byłam w pierwszej klasie. Zebrano nas wszystkich w szkolnym hallu, gdzie odbywały się akademie. Dyrektorka przemawiała. Jak wyglądał chłopak – nawet nie wiedziałam. Zapamiętałam, że na imię miał Paweł. To zebranie całej szkoły było straszne. Dyrektorka mówiła, że jeśli mamy kłopoty, to pomóc nam może wychowawca, a jeśli nie mamy do niego zaufania to psycholog lub pedagog. Jeśli i to nam nie odpowiada to proponuje byśmy zadzwonili do telefonu zaufania, ale odbieranie sobie życia to robienie krzywdy otoczeniu. Pamiętam, jak grzmiała takim głosem pełnym patosu, że „pewnie wielu z was zastanawia się, czy mogło zapobiec tej tragedii…” Niektórzy udawali, że ich to śmieszy. Oczywiście sposób, w jaki ona to mówiła. Ale myślę dziś, że chyba w głębi duszy wszyscy byli wstrząśnięci. Tylko tak się maskowali.
Fragment rozdziału Wieloryb
Podstawówka u zbiegu Saskiej i Alei Stanów Zjednoczonych prawie nie zmieniła się od czasów, gdy Marcin sam był jej uczniem. Ten sam gabinet dyrektorski, te same klasy. Kiedyś bywał tu codziennie. Teraz raz w miesiącu na wywiadówkach w klasie Mateusza. Zaczął na nie chodzić tuż po śmierci mamy. Ojciec ciągle pracował, a potem więcej czasu spędzał z Agnieszką niż z nimi. Marcinowi było przykro, ale wszelkie próby zwrócenia ojcu uwagi kończyły się jego stwierdzeniem:
- Nie wtrącaj się gówniarzu!
Teraz przekraczał próg szkoły z bijącym sercem. Co też Mateusz zmalował?
- Siadaj – powiedziała dyrektor Zdzieszyńska pokazując Marcinowi krzesło. Nie ruszył się z miejsca. Głupio siąść w obecności dyrektorki. Nawet jeśli to już była dyrektorka i jego życie nie zależy od jej humoru lub jego braku. Zwłaszcza, że zawsze była dla niego taka oschła. - Siadaj! - powtórzyła z naciskiem. - Przecież już jesteś dorosły, więc tak ciebie traktuję – dodała, jakby chcąc wytłumaczyć czemu kiedyś bez przerwy kazała mu stać, a teraz nagle żąda, by usiał. - Z Mateuszem trzeba porozmawiać. I w związku z tym mam prośbę. Najbardziej wychowawcze będzie to wszystko wtedy, gdy ja go tu wezwę i on sam ci opowie co zmalował. Potem on wyjdzie, a my się naradzimy. Dobrze?
- Tak – wyjąkał Marcin. - W końcu pani się zna. Ja to... wie pani... staram się jak mogę...
- Wiem – odparła dyrektor, a Marcin miał wrażenie, że patrzy na niego inaczej niż wtedy, gdy jako dziesięciolatek trafił tu na poważną rozmowę z powodu zbitej szyby. - Dlatego chcę ci pomóc. Niech on sam ci opowie, a ty nic nie mów.
Po chwili do gabinetu wszedł Mateusz. Stanął pod ścianą i spuścił głowę.
- No powiedz swojemu najstarszemu bratu co zrobiłeś – zaczęła dyrektor Zdzieszyńska karcącym tonem. O! Jak dobrze Marcin znał ten ton. Minęło prawie sześc lat, a pewne zdania wypowiedziane tym tonem brzmiały mu w uszach, jakby padły dziś. - A ty wiesz, że twój brat w tym roku zdaje maturę. Że nie powinieneś mu przysparzać zmartwień, bo się zdenerwuje i mu przez ciebie słabo pójdzie. Dziś miał ważną klasówkę i w trakcie jej trwania został tu wezwany – to mówiąc dyrektor Zdzieszyńska mrugnęła do Marcina porozumiewawczo. A on mało nie spadł z krzesła. Skąd też ona wie o klasówce? A może tylko tak blefowała? Musiał jednak przestać się zastanawiać, bo Mateusz płaczliwie zaczął się tłumaczyć.
- Bo Piotrek mówił, że to jego pióro, a to było moje pióro, bo dostałem takie samo. Marcin świadkiem!
- No i co było dalej? - indagowała dyrektorka.
- I zaczęliśmy je sobie wyrywać i ja niechcący zrobiłem z Piotrka wieloryba! - wyrzucił z siebie Mateusz jednym tchem.
- Jakiego wieloryba? - spytał Marcin kompletnie zaskoczony.
- No Piotrek..., ale to się stało niechcący... - zaznaczył Mateusz i do końca opowieści, co chwila podkreślał, że to co się stało nie było przez niego zaplanowane. - Nadział się na pióro..., ale naprawdę niechcący... i ono mu się w głowę wbiło, ale tak lekko..., naprawdę. I przez tę dziurę w głowie, ale taką malutką, naprawdę! Ta krew mu tak tryskała... jak... jak... wielorybowi. Bartek powiedział, że widział w telewizji, że wieloryby też mają takie dziurki. Tylko im tak długo leci woda, a jemu tak krotko... tak plum i plum... leciała krew, ale to wszystko niechcący..., naprawdę! - dodał Mateusz z mocą, choć całą historię opowiadał coraz bardziej płaczliwie, mocno przy tym gestykulując. Gdy ręką na czubku głowy pokazywał owo „plum” Marcin aż wytrzeszczył ze zdumienia oczy. A usłyszawszy porównanie z wielorybem z trudem pohamował śmiech. Wiedział jednak, że nie powinien się śmiać, bo ma tu robić za dorosłego, starszego brata, który zdaje w tym roku maturę. Dlatego, choć proste to nie było, przygryzł wargi i nie dał po sobie poznać, że opowieść Mateusza go ubawiła. - Ale pani pielęgniarka w gabinecie mu to zatamowała i już nie jest wielorybem... - kontynuował płaczliwie Mateusz. - I już jest dobrze. - Dodał, a w jego głosie dało się wyczuć, że najbardziej to chce uspokoić siebie. - A to było naprawdę niechcący. Ja nie chciałem zrobić z niego wieloryba. A poza tym bycie wielorybem nie jest groźne. Pani pielęgniarka powiedziała, że to była jakaś taka specjalna żyła. Ona się nazywa jakoś tętę... - Mateusz zawiesił głos i próbował przypomnieć sobie trudne słowo. Bezskutecznie. Po dłuższej chwili rozpaczliwego patrzenia na boki i powtarzania przez Mateusza „tętę” właściwe słowo podpowiedziała dyrektorka.
- Tętnica! To się nazywa tętnica.
- No właśnie! O to to – dodał Mateusz ze śmiertelną powagą. - Ale już jest z nim spoko. Już Piotrek poszedł sobie z mamą do domu. Położyć się spać. Już wszystko dobrze. Naprawdę! - mówił, a łzy znowu powoli nabiegały mu do oczu. Swoją opowieść zakończył błagalną prośbą: - Marcin! Nie mów tacie!
Dyrektorka z Marcinem wymienili się spojrzeniami. Marcina było pytaniem: „co robić”, a dyrektorki niosło informację „a nie mówiłam, że to poważna sprawa?”. O! Marcin znał je jak zły szeląg.
- Mateusz wróć teraz na świetlicę – powiedziała dyrektorka. - Brat zaraz po ciebie przyjdzie. Tylko chwilę porozmawiamy we dwójkę.
Mateusz, ze spuszczoną głową, ruszył w stronę drzwi. Gdy zamknął je z drugiej strony Marcin spojrzał na dyrektorkę, a ponieważ nie odezwała się nawet słowem, więc niepewnie zaczął:
- Wie pani... ja w sumie nie wiem, bo to trochę... no... tego... śmieszne...
- O! Śmieszne – powiedziała dyrektorka. - Zapewne trochę i śmieszne, ale wiesz... Musisz pamiętać, że dla mamy Piotrka śmieszne to nie jest. Ona dostała tu niemal szału! Biegała mi tu po korytarzu i wykrzykiwała, że Mateusz jej syna zabił! Że wasz ojciec się nim nie zajmuje, że ty dajesz mu zły przykład, bo nie zdałeś i całe podwórko o tym wie...
- Pani dyrektor, ale... - Marcin zawahał się przez chwilę. Mówić, czy nie? Powie! A co tam! - Ale ja nie zdałem w pierwszej klasie, a teraz jestem w trzeciej. Za moment matura. Takich strasznie złych stopni to ja nie mam...
- My nie rozmawiamy o faktach, ale o tym, co mama Piotrka tu wykrzykiwała – przerwała dyrektorka, a Marcin po raz pierwszy w jej głosie usłyszał coś przyjaznego. - Ona chce zawiadomić sąd rodzinny. To mogą być duże kłopoty dla twojego ojca.
- No, ale... skoro nic się w sumie nie stało? - Marcin spojrzał na dyrektorkę przerażony perspektywą afery w domu, która niechybnie wybuchnie, gdy ojciec dowie się o sądzie rodzinnym.
- No fakt – przytaknęła skwapliwie dyrektorka ironizując przy tym mocno. - Pióro wbiło się niezbyt głęboko. No straszny to niefart, że trafiło w tę główną tętnicę w czaszce. Bo to stąd ten... - zawahała się, ale Marcin posłusznie podpowiedział.
- Wieloryb.
- No właśnie... - dyrektorka mimowolnie uśmiechnęła się. Pewnie na wspomnienie Mateusza, który tłumacząc całe zajście, przezabawnie przy tym gestykulował mówiąc płaczliwie „plum”. - Ja bym wam radziła pójść do Piotrka do domu i go przeprosić. Przy jego mamie. To Mateusz powinien przepraszać. Ja tu nad jakąś karą pomyślę. Najważniejsze to załagodzić z mamą Piotra! No bo ja też nie chcę, by wasz ojciec użył pasa.
- Hmmm – mruknął Marcin i aż podniósł wzrok. To ona wie?
- Wiem – odparła dyrektorka jakby czytając w jego myślach. - A nic z tym nie robię, bo nie daj Boże, skończy się to odebraniem praw rodzicielskich i domem dziecka. Nie jest to wam potrzebne. Może i nie najlepszy ten wasz dom, ale dom – dokończyła wzdychając ciężko.
Z innych wiadomości „uprzejmie donoszę”, że:
1. Znany jest wstępny kalendarz moich spotkań autorskich, więc zachęcam do zaglądania do działu spotkania w celu z terminem się zapoznania. A tak porymuję sobie. A co!
2. Moją stronę piekarska.net odwiedziło już ponad 700 tysięcy ludzi, a bloga Piekarska.blog.onet.pl ponad 300 tysięcy czytelników. Ostatnio „hitem” były tam historie miłosne moich przodków, które opisywałam przed walentynkami. Dlatego wszystkich, którzy jeszcze tam nie zajrzeli, a chcą poczytać, jak to dawniej wyglądała miłość, serdecznie zapraszam do archiwum bloga.
3. Na MoBlogu i Photoblogu biedniej, ale też cos tam się pojawia. Niestety zima trzyma, a ja jej tak nienawidzę, że z utęsknieniem czekam na wiosnę. Zaś 8 marca planuję tradycyjnie kupić sobie krokusa w doniczce i delektować się jego zwiastującym wiosnę widokiem.
Życząc wszystkim czytelnikom, by wiosna zagościła w ich sercach, domach i za oknami jak najszybciej…
Pozdrawiam serdecznie

Widzisz błąd na tej stronie?
Napisz